poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
LESZEK ELEKTOROWICZ
Druga inwazja kiczu
DL 1991, nr 24


Pierwsza miała miejsce w latach socrealizmu, co przypominają nam dziś retrospektywne wystawy i zapamiętane tytuły książek. Można się spierać, czy „Nr 16 produkuje"” był większym Kiczem niż „Mirków ruszył” lub „Traktory zdobędą wiosnę”, można twierdzić, że „Węgiel” czy „Lewanty” są lepsze niż „Na budowie”, a „Władzo” lepsza od „Obywateli” (lub na odwrót), można twierdzić, że od strony rzemiosła ta czy owa książka rzeczonego okresu ma swoje pozytywy, ale pewne jest, że były to kicze niepowszednie, to samo można odnieść do poezji owych lat (wystarczy sięgnąć do fragmentów zaprezentowanych w primaaprilisowej zagadce „Dekady Literackiej” nr 18). „Niepowszedniość” wynika z ich genezy: były one, w przeciwieństwie do „klasycznego kiczu” wymuszone okolicznościami politycznymi (choć tak naprawdę, kto nie chciał, nie musiał...). A w wykonaniu nie „zaślepionych entuzjastów”, lecz cynicznych karierowiczów były one świadome i zamierzone jako kicze właśnie. Co jednak najbardziej znamienne dla o-kresu i najbardziej, typowe, ta fakt, że kicz socrealistyczny był zmasowany w liczbie i na masową wyobraźnię jakoś oddziaływający. Choć treści, które wyrażał, były przez ogromną większość odbiorców odrzucane, to jednak forma odgniatała swe niszczące piętno na ich wrażliwości estetycznej. Propagandyści dobrze wiedzieli, co robią nawołując do „jednoznaczności” poezji i do realizmu (sui generis) w prozie. Trudno byłoby, zaiste, pożądaną przez nich treść przekazać w poetyce Eliota czy Prousta. I czytelnik oczekiwał już nie zdań w rodzaju „Markiza wyszła o piątej”, (realizm krytyczny), lecz „Towarzysz Wodniak splunął w sękate dłonie i chwycił oburącz łopatę” (realizm socjalistyczny). Kiczowatość tworu wytwarza kiczowatość gustu odbiorcy, który bardziej złożony okaz poezji czy prozy oskarża o „niezrozumialstwo”, „pretensjonalność” itp. Tak też formowali ów gust krytycy w owym czasie (dziś też u niektórych z nich pobrzmiewa podobna nuta).
I oto przenieśliśmy się do czasu teraźniejszego, w którym jesteśmy świadkami drugiej na podobną skalę zmasowanej inwazji kiczu. Nie jest to już kicz wymuszony okolicznościami politycznymi, lecz odwrotnie, pieniący się obficie w nie plewionej glebie pełnego liberalizmu kulturowego. Nowe wydawnictwa żądne pośpiesznego zarobienia szmalu i stare, pragnące ratować się przed bankructwem, prześcigają się w mnożeniu publikacji, które szanujący się czytelnik odkłada na ladę z niesmakiem, a szanujący się wydawca nie kalałby nimi swych planów. Ale, jak widać, po każdej stronie (włączając w nie sprzedawców) coraz mniej „szanujących się” — i oto półki księgarń, kioski, uliczne stoiska obrodziły kiczami wielu rodzajów. Jeden — to kicz staromodny, sentymentalny (Mniszkówna, Marczyński, Courts-Mahlerowa), drugi — kicz nowoczesny, głównie z importu (Ludlum, Forsyth, McLean), takiż kicz imitatorski produkcji rodzimej, kicz pseudonaukowy, pseudofaktograficzny a nawet pseudoreligijny. Kicz, jak wiadomo, różni się tym od utworu artystycznego, że — właśnie nim nie jest, że nie jest „sztuką”, jest  towarem.
Tu miała swe źródło gafa jednego z wiceministrów, który porównywał książkę, traktowaną jako towar, do gwoździ. Oczywiście, kiczowata, chałturnicza książka nie jest, podobnie jak gwoździe, przedmiotem artystycznym, lecz tylko produktem masowym. Powinna wobec tego podlegać innemu resortowi, może — przemysłu lekkiego, ale nie „kultury i sztuki”. Kicz jako pro dukt masowy tyra się odznacza, że dla zaspokojenia wątpliwych potrzeb, które sam stwarza, musi się rozmnażać. W ten sposób z kiczu powstaje — szmira. A jakie to potrzeby? Zdawałoby się rozrywkowe, ale w miarę rozrastania się gatunku, a ma on cechy złośliwego nowotworu, stosunkowo poczciwe niegdyś zajęcie rozwiązywania łamigłówek kryminologicznych np. u Conan Doyle'a przeradza się w perwersyjną przyjemność swoistego voyeryzmu: biernego przypatrywania się gwałtom, sadystycznym mordom, okrucieństwom w coraz bardziej brutalnych i pornograficznych filmach czy podczas lektury takichże książek. Co więcej, przez zwyczaj utożsamiania się z bohaterem (nie zawsze z ofiarą!) biernie uczestniczymy w tych bezeceństwach.
Zjawisko inwazji kiczu przybrało już takie „przyśpieszenie”, w naszej kulturze masowej, że trudno wręcz uciec przed nim. Na ladach księgarń panoszy się tyle szmirowatych powieścideł w ohydnych okładkach, że natrafić wśród nich na prawdziwie wartościową pozycję wcale nie jest łatwo. Zwłaszcza niewyrobionemu czytelnikowi-. Chwyta więc taki pierwszego, lepszego „Ludluma” i zgrywa oczytanego. Na szczęście, pozostało jeszcze trochę amatorów dobrej książki, czego świadectwem np. szybkie rozchodzenie się PIW-owskiej serii „Współczesnej Prozy Światowej”. Ale inwazja trwa i czyni spustoszenia w gustach odbiorców, a także wpływa na profil szacownych niegdyś oficyn dryfujących w kierunku komercji. Takie są skutki traktowania przez fiskus książki jako towaru.
Przechodzimy, z właściwym tej części świata opóźnieniem, proces żywiołowego rozrostu kultury masowej w najgorszym jej wydaniu, przed czym przestrzegali niegdyś autorzy amerykańscy. Już w 1956 roku znany krytyk, Irving Ho we, wystąpił z tezą, że kultura masowa prowadzi do depersonalizacji jednostki. Ponadto, że sprzyja bierności i wynikającej z niej nudzie. Zaś Adorno w swym studium o muzyce popularnej pisał „Nie da się uniknąć nudy unikając wysiłku”. I podobnie jak w hałaśliwej i jakże przy tym nudnej, muzyce rockowej, bombardującej ze wszystkich głośników, radia, telewizji, kaset bębenki naszych uszu lub w idiotycznych teledyskach potrzebne są coraz głośniejsze tony i łomoty, by wyrwać słuchaczy z tępej pasywności — tak w książce i filmie trzeba coraz silniejszych efektów, coraz więcej gwałtu, morderstw, tortur, perwersji, aby zagłuszyć wewnętrzną pustkę i nudę odbiorcy. „Bowiem kicz — jak stwierdzał Dwight MacDonald prawie czterdzieści lat temu — to znikczemniała, trywialna kultura, która dewaluuje rzeczywiste i głębokie przeżycia jak miłość, śmierć, klęska, tragedia a także pozbawia nas spontanicznych radości”.
Jakże trafnie przewidywali intelektualiści owych lat niebezpieczeństwa czające się w kiczowatej masowej kulturze, skoro dziś socjolodzy i publicyści amerykańscy biją na alarm z powodu dowiedzionej korelacji pomiędzy wzrostem przestępczości, zwłaszcza wśród młodocianych, a filmami i powieściami pełnymi okrucieństw, gwałtów, perwersji. Dopiero co wybuchł skandal z horrendalną powieścią B.B. Ellisa „American Psycho”, której rozpowszechniania wydawca musiał zaprzestać ze względów moralnych, gdy już w kwietniowym numerze „Newsweeka” ukazał się tekst „Violence in pop culture” z podtytułem „Gdy Ameryka pławi się w fałszywej krwi, musimy, sobie zadać pytanie: co gotujmy samym sobie?”.
„Jacy to ludzie — zapytują autorzy — bawią się szampańsko patrząc jak w filmie Martina Scorsese „Good Fellas” (Fajni kumple) aktor Bruce Williams wbija sopel lodu w oko, aż do mózgu przeciwnika?" W powieści „Chicago Loop” („Chicagowski węzeł”) autor Paul Theroux, pisze o mężczyźnie, który krępuje kobietę więzami i dosłownie zagryza ją na śmierć. Przykłady tego rodzaju można mnożyć, przy czym typową postawą w tych utworach jest krańcowe okrucieństwo wobec kobiet (w mniejszym stopniu już widoczne w emitowanym u nas serialu „Twin Peaks”). Czyżby panowie reżyserzy odreagowywali w ten sposób women liberation movement? Oni jednak znajdują dziwne, a pełne obłudy wytłumaczenia. Jak Scorsese: „potrzebne jest nam katharsis rozlewu krwi czy ścinania głowy, tak jak potrzebowali tego starożytni Rzymianie, choć u nas jest to tylko rytuał, a nie rzeczywistość jak w rzymskim cyrku”. Uff! Zimno się robi od tej argumentacji!
Z przeprowadzonych w 1984 roku badań wynika, że do 18. roku życia przeciętne dziecko w Stanach ujrzało w telewizji 200.000 aktów brutalności, w tym 4.000 morderstw i że częste ukazywanie scen gwałtu w telewizji jest jedną z przyczyn agresywności, przestępczości i zbrutalizowania społeczeństwa. Sądzę, że i my w Polsce jesteśmy na drodze ku temu samemu. Kultura masowa dzisiejszej doby staje się coraz bardziej kulturą zwyrodniałą.
Któż miałby w naszych warunkach przeciwdziałać takiemu stanowi rzeczy? Oczywiste jest stanowisko Kościoła w tej mierze. Lecz rysuje się też szczególna rola Ministerstwa Kultury i Sztuki, które nie przez administracyjne zakazy, lecz przez popieranie „kultury wysokiej” i wpływ na odpowiednią politykę podatkową ustalałoby właściwe preferencje. Wielkie zadania ma także szkoła w tym zakresie.
Dla lepszego zrozumienia ile przez kicz tracimy, przytoczmy jakże mądre i aktualne słowa krytyka amerykańskiego Edmunda Wilsona sprzed ponad czterdziestu lat:
„Tyle jest pięknych książek do czytania, tyle do nauczenia się i uzupełnienia wiedzy, że bezsensem jest zanudzać się tym śmieciem. A wobec braków papieru, odczuwanych przy wszystkich publikacjach i nie pozwalających na druk swych utworów pisarzom pierwszej klasy, zrobimy dobrze przestrzegając przed marnowaniem papieru, który mógłby znaleźć lepsze przeznaczenie”.
Trzeba odpierać inwazję kiczu, trzeba budować wały ochronne, aby nie zalała nas szmira i nie poczyniła strat niepowetowanych.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas