poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Rozmawiają PIOTR MATYWIECKI, LESZEK SZARUGA, IWONA SMOLKA:
O książce Tadeusza Różewicza „Matka odchodzi”
DL 2000, nr 2/3 (160/161)

IWONA SMOLKA: Na stronie tytułowej, pod portretem matki Tadeusza Różewicza, Stefanii Różewicz, jest napis: „Oczy matki spoczywają na mnie”. Czytając tę wstrząsającą książkę miałam wrażenie, że jej oczy spoczywają na każdym napisanym słowie. Tom składa się z tekstów samego Różewicza, oraz z dwóch przepięknych fragmentów napisanych przez Stefanię Różewicz. Jeden z nich to „Wieś mojego dzieciństwa”, drugi, wspominający dzień urodzenia Tadeusza Różewicza nosi tytuł „Rok 1921, 9 października”. Książka stanowi portret zwielokrotniony. Obraz matki zarysowują wiersze i wspomnienia – w tym niezwykły Dziennik gliwicki, obejmujący dwa miesiące agonii Stefanii Różewicz. Opis życia rodziny, swojego bycia w rodzinie, pozostawił też Janusz Różewicz, starszy brat poety, który zginął z rąk gestapowców. Mamy także, zamykający tom, tekst Stanisława Różewicza „W kalejdoskopie”. Dawno nie powstała książka tak ważna.

PIOTR MATYWIECKI: Może najistotniejszą rzeczą jest właśnie jej skomplikowane autorstwo. Najprościej byłoby powiedzieć, że to autorstwo zbiorowe, że tu mówi wiele osób. I rzeczywiście. Z tej książki mówią różni ludzie, ale najważniejsze jest to, co przemawia do nas spomiędzy nich. Jest to jakaś mowa ludzkiej rodziny i mowa tego, co jest pomiędzy nimi. W ten sposób mówi tu jakieś „my”- ale nie anonimowe, zbiorowe, grupowe. Raczej takie, które kiedyś Martin Buber nazwał „my” istotowym - w odróżnieniu od „my” anonimowych społeczeństw. Takie „my” może w każdej chwili osobowo zwrócić się do każdego z członków swojej wspólnoty. Tak naprawdę mówi tu rodzina człowiecza. Dlatego na równych prawach wypowiadają się żywi i umarli: nieżyjąca matka i brat oraz dwaj bracia żyjący. Razem tworzy się autorstwo, które staje się niezwykle symboliczne. Staje się ono pierwotnością i esencją literatury jako przesłania.

IWONA SMOLKA: Ta literatura jest czymś więcej, niż literaturą. Nie wiem, czy można tę książkę nazwać literaturą.

LESZEK SZARUGA: Można. W tym sensie, że jest to samo jądro, samo sedno literackości, co, jak się okazuje, wcale nie musi oznaczać czegoś sztucznego. Przeciwnie – zwraca uwagę na to, co najprostsze w ludziach.

IWONA SMOLKA: Wielkość Tadeusza Różewicza polega między innymi na tym, że nie poprawił żadnego tekstu. Relacje matki pozostawił takie, jakimi je pisała. Zresztą jej proza jest świetna, ma w sobie coś ze stylu Orzeszkowej.

LESZEK SZARUGA: Tom „Matka odchodzi” pokazuje pewien zabieg Różewicza, stosowany przezeń od pewnego czasu. Myślę o dwóch bardzo ważnych momentach jego twórczości z ostatnich piętnastu lat, o dwóch książkach. Pierwsza, to przez całe lata istniejący jakby w nawiasie tom „Echa leśne”. Został przywrócony literaturze - co jest bardzo ważne - jako dokument życia Różewicza. Druga książka, niezwykła, wstrząsająca w swym dramacie, też wieloautorska, rodzinna, nosi tytuł „Nasz starszy brat”. Jest przypomnieniem Janusza Różewicza, który także był poetą. Piotr Matywiecki wspomniał o rodzinie człowieczej; tu widać, że jest to rodzina twórcza, kreacyjna. A także będąca schronieniem przed wyrokami historii, przed złem świata. Jest ocaleniem, tego, co człowiecze. To dla Różewicza jedna z kluczowych kwestii w całej jego twórczości: ocalenie wobec zła świata, historii, wobec bezmiaru, który przeraża - i wobec śmierci. Jeżeli tak wiele miejsca poświęca agonii matki – a przecież kluczowym tekstem jego najnowszego tomu jest „Dziennik gliwicki” – jest to próbą uporania się ze śmiercią w rodzinie człowieczej. Nie - ludzkiej, bo to są dwa zupełnie różne słowa. Rodziną ludzką jest każda rodzina. Rodzina tworzona przez Tadeusza Różewicza jest rodziną człowieczą. Wchodząc w przedstawione teksty dotykamy rzeczy, które szalenie trudno określić. Można pójść tropem Bubera, czytając „ja” przez „on”, „ja” przez „ty”.

IWONA SMOLKA: Teksty poetyckie, wiersze o matce i o ojcu Tadeusz Różewicz pisał przez całe życie. Były dla niego i sposobem komunikacji z nami, i komunikacji z rodziną. Musiał uważać je za naprawdę ważne, skoro wielokrotnie powracał do tematu. Motyw śmierci matki przewija się przez całe lata, jako stały wątek twórczości.

LESZEK SZARUGA: Jeszcze jeden punkt widzenia: śmierć matki - z jednej strony, matka wobec śmierci syna - z drugiej. Widać to, w zawartym w tomie wierszu „Dwa wyroki”: „Widzę uśmiech / zdjęty z jego białej twarzy / pod murem. / Zwiastun śmierci Nieznajomy / schylił głowę / niżej. / Widzę / śmieszny posąg boleści / w przydeptanych pantoflach / przy kuchni / małą krzywą / figurkę / skamieniałej matki”. To jest matka wobec śmierci.

PIOTR MATYWIECKI: I matka wobec śmierci własnej.

LESZEK SZARUGA: Oczywiście, że tak.

PIOTR MATYWIECKI: Dla mnie wielkie jest i w tej książce, i w całej poezji Różewicza to, że czyni swoją rodzinę czymś najgłębiej intymnym – a zarazem czymś gatunkowym, uniwersalnym. Widzę interesującą zbieżność między wierszami Herberta poświęconymi rodzinie i wierszami Różewicza poświęconymi rodzinie. Myślę o takich wierszach Herberta, jak „Rozmyślanie o ojcu”, „Matka” i „Siostra” – z „Pana Cogito”, i z „Epilogu burzy” – „Babcia”. U Herberta to są jakby postaci typowe, ale łączą tę typowość z największą intymnością. Stają się archetypem intymności. Innym sposobem penetracji własnego wnętrza dochodzi do tego Różewicz. Jego utwory są tak intymne, że jakby przelatują i przez typowość, i przez rodzajowość: to ta rodzina, a nie inna. Ale i przez uniwersalność anonimową – to nie jest rodzina everyman'a. Te postaci też stają się archetypami intymności.

LESZEK SZARUGA: Różewicz przekracza granice prywatności i granice wstydu - poza nimi literatura jest nie tylko literaturą. Zawsze przed taką granicą pisarz odruchowo się zatrzymuje, boi się jej przekroczenia. Tutaj mamy do czynienia z niebywałą odwagą dopowiedzenia się do końca. Ale w imię czego? Chyba nie tylko w imię wartości, jaką jest rodzina. Określenie się Różewicza jako poety wobec najbliższych mu ludzi wiązało się z przełamaniem bariery śmieszności, wstydu właśnie. Nie boi się tego powiedzieć.

IWONA SMOLKA: Tak, ponieważ główną wartością dla Różewicza nie jest ani poezja, ani literatura, ale miłość i dobroć.

PIOTR MATYWIECKI: Czyli literatura!

IWONA SMOLKA: Ale na tyle odważna, że się tego nie boi.

PIOTR MATYWIECKI: Mówiąc językiem pewnego awangardowego badacza francuskiego, w tej książce wartością jest zero stylu. Stylizacja literacka i ludzkie upozowanie się znika na rzecz całkowitej otwartości. W taki sposób pisała swoje wspomnienia Stefania Różewicz. Niezwykle rzeczowo i prosto.

IWONA SMOLKA: Powściągliwie.

PIOTR MATYWIECKI: Ale co to znaczy? Mówiący usuwa się na plan dalszy, a sama mowa, jakby bez podmiotu, przylega do rzeczy, spraw i zdarzeń. Dopiero wtedy ma prawo pojawić się ten ktoś mówiący, jeśli jego sprawy dosięgają wagi spraw świata. Tak właśnie, bardzo dyskretnie, pojawia się sama pisząca wspomnienia. Kiedy zaś czytałem „Dziennik gliwicki”, którego tematem jest ludzka bezradność wobec śmierci, czytałem także o bezbronności wobec pisanej przez siebie literatury i samego siebie.

LESZEK SZARUGA: Jednak wydobywając ten dziennik dziś, w tym tomie, Różewicz dokonuje pewnego zabiegu stylizatorskiego. Zero stylu? - do pewnego stopnia. Do momentu, w którym konfrontuje dokument z poezją. W ten sposób postąpił z „Echami leśnymi”, wnosząc je z powrotem w obręb swojej twórczości. Sięgnął do poczynionych dawno zapisków, które wtedy uważał nie tyle za twórczość, co za konieczność. Podobnie robiła notatki jego matka: powstawały tak, jak kiedyś przy zapisywaniu kalendarzy, jako sylwa. Istniała potrzeba zapisywania ważnych wydarzeń z życia rodziny.

IWONA SMOLKA: Matka musiała zapisać urodziny dzieci.

LESZEK SZARUGA: Tak samo jest z dziennikiem Tadeusza Różewicza – on go wtedy musiał pisać. Podobnie z listem Janusza Różewicza, będącym również dokumentem czasu - a nie listem pisarza do brata, też pisarza. Poezja wobec dokumentu, dokument wobec poezji. Trwa między nimi napięcie. Różewicz powraca wielokrotnie do konfrontacji rękopisów wierszy z ich wersją ostateczną.

PIOTR MATYWIECKI: Dokumentowanie Różewicza jest zawsze niezwykle osobiste. Kiedy mówiłem o istotowym „my” Bubera, które ma prawo zwrócić się do każdego, miałem też na myśli dyskretny zabieg, jakiego dokonał Różewicz publikując list brata Janusza. Zauważmy, że to jest list konkretnej osoby, ale – nie wiemy do kogo! Mógł być pisany do brata, do ojca lub matki. Adresatem jest ktoś spośród nich. Wydaje mi się, że pozbawienie listu jednoznacznego odbiorcy nadaje mu ogromną moc uogólnienia. Oczywiście są fragmenty na pewno nie redagowane, dające szczególny efekt - choć słowo „efekt” jest tu nie na miejscu. Wspomnienie Stanisława Różewicza, zamykające całą książkę, jest bardzo osobiste, ale zobiektywizowane. I nagle, jego ostatnie zdanie, przychodzi jak rodzaj afektacji, okrzyku: „To, co w naszym domu było najdroższe i najpiękniejsze, to mama”.

IWONA SMOLKA: Jeżeli powiedzieliśmy, że jest to przede wszystkim książka o stosunku do umierania, o matce Różewicza stojącej wobec śmierci i o synu wobec śmierci matki, to również jest to książka o wierze i niewierze. O tej i tamtej stronie. Także o pojęciu grzechu i odpowiedzialności.

PIOTR MATYWIECKI: Zatrzymajmy się na zamieszczonych w książce fotografiach. Zdjęcia – zauważcie – mają charakter staroświecki: prawie wszystkie są bardzo starannie upozowane. Podpisy, którymi opatruje je Różewicz, próbują złagodzić ich sztywność. Informacje wcale nie są zwięzłe, jak to bywa przy fotografiach. Jest w nich .najwięcej z całej książki, emocji.

IWONA SMOLKA: I komentarza.

PIOTR MATYWIECKI: Jeśli czasem uważa się, że fotografie mają w sobie coś śmiertelnego i pośmiertnego – to podpisami Różewicz chciałby przywrócić je życiu w sensie dosłownym!

LESZEK SZARUGA: Zauważcie: jest postać obecna w książce dyskretnie - ojciec Tadeusza Różewicza. Jednak fotografia jego, w porównaniu z innymi, jest po prostu niezwykła. Pogięta, połamana, pomarszczona, ma walor malarski. Jest niesłychanie ciekawe, kim jest ojciec w tej rodzinie.

PIOTR MATYWIECKI: Czy zauważyliście, co się dzieje, kiedy o tej książce mówimy? Nie mamy ochoty jej interpretować. Ciągnie nas w medytację. Tak, jakby została po to ułożona, żeby medytacji służyć. Ma w sobie rodzaj niezwykłej ciszy; takie książki się dziś nie zdarzają.

LESZEK SZARUGA: W twórczości Różewicza bywały. Z jego wczesnego okresu pochodzi „Kim jest ten dziwny nieznajomy”, książka, o której zwykle się zapomina omawiając jego pisarstwo. Jest antologią wierszy Staffa, którym się zachwycał, z którego w jakiś sposób wyrastał. Tom był hołdem złożonym Staffowi, jako poecie tragicznemu, tworzącemu w czasie ścierania się dwóch języków: języka Muz -jak mówi w posłowiu Różewicz - i języka ludzkiego. Pisał, że poezja nie używa dziś języka Muz, bo musi mówić językiem ludzkim. Paradoks polega na tym, że i język Muz jest językiem ludzkim.

PIOTR MATYWIECKI: Tak, ale są dwa bieguny późnej poezji Różewicza. Z jednej strony ton ironiczny, prześmiewczy...

IWONA SMOLKA: ...i publicystyczny.

PIOTR MATYWIECKI: Ironia Różewicza wobec dzisiejszej cywilizacji jest wręcz zaczepna - nie tylko obronna. A drugi biegun, to nurt medytacyjny.

LESZEK SZARUGA: Ironia zawsze była obecna u Różewicza – choćby w tomie „Uśmiechy” z lat pięćdziesiątych.

PIOTR MATYWIECKI: Ale w porównaniu z jego ironią dzisiejszą, tamta satyra była dobrotliwa!

IWONA SMOLKA: Jak już mówiliśmy, w książce „Matka odchodzi” Różewicz pisze również o poczuciu winy, o odpowiedzialności, o świadomości grzechu, o złym lub dobrym samopoczuciu wobec własnego sumienia. Jest tam tyle świadectw, że dopiero po przeczytaniu całości otwiera się pytanie o samą twórczość Różewicza.

PIOTR MATYWIECKI: Zauważcie, że każdy z zamieszczonych wierszy ustanawia inny dystans autora, wobec siebie i rodziny, wobec intymności i zbiorowości. Może trzeba, w świetle tych wspaniałych tekstów, zobaczyć te dystanse jako pełnię bycia człowieczego w rodzinie człowieczej.

IWONA SMOLKA: Myślę, że jednym z kluczowych tekstów jest fragment o niesłychanie nośnym tytule: „Do poprawki”. Można uznać go za sugestię, że cała książka to próba uporządkowania kilku ważnych spraw już z perspektywy całego życia.


Rozmowa opracowana redakcyjnie, nieautoryzowana.

Zapis audycji radiowej „Tygodnik literacki”, której mogą Państwo słuchać w 2 programie Polskiego Radia.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas